czwartek, 20 lutego 2020

Skoki narciarskie- nie takie jak kiedyś?

        Czy w erze przeliczników za wiatr, wyścigów technologicznych i globalnego ocieplenia możemy mówić o nowej teraźniejszości w skokach narciarskich?
         Wszystko zaczęło się w 2009 roku, gdy do oficjalnych zawodów Pucharu Świata wprowadzono przeliczniki za wiatr. Na początku uważano to za wielką innowację, bo przecież skoki dzięki temu miały stać się bardziej sprawiedliwe dla zawodników, ale czy po blisko 11 latach od tej zmiany jest ona dobrze postrzegana? Celem owej zmiany miała być rekompensata punktowa dla zawodników, którzy trafili na gorsze warunki atmosferyczne (tzw. wiatr w plecy) od swoich przeciwników, a zarazem odjęcie punktów tym, którzy mieli większe szczęście do warunków podczas swojego skoku. W teorii wszystko brzmi dobrze i jasno, ale w praktyce bywa różnie. Zacznijmy od sposobu naliczania punktów. W zależności od wielkości obiektu, pomiarów siły i kierunków wiatru dokonuje siedem czujników rozstawionych naprzemiennie po obu stronach zeskoku skoczni. Gdy zawodnik wybija się z progu uruchamia wspomniane czujniki. Z pomiarów wyciągnięta zostaje średnia, a dodawane lub odejmowane punkty ustala się według wzoru:
Δw = TWG x (HS – 36)/20
HS - hill size (m)
TWG - tangensowa prędkość wiatru - średnia wartość (m/s)
Δw - wpływ wiatru na odległość skoku(m)

Matematycznie wszystko wygląda w porządku, ale jak to w naturze bywa, nic nie jest takie proste i klarowne. Niejednokrotnie słyszy się od zawodników, że przeliczniki  nie do końca oddają to co dzieje się w locie. Jednemu skoczkowi zostają odjęte punkty, co w teorii oznacza dobre warunki do oddania skoku, ale ten skacze słabo, bo okazuje się że w końcowej fazie lotu owego wiatru pod narty zabrakło i "nie było" z czego odlecieć. Działa to również w drugą stronę, kiedy punkty są dodawane, a warunki np. już w trakcie skoku zmieniały się na korzyść zawodnika. Oczywiście w miarę upływu lat  przeliczniki są ulepszane i poddawane testom, ale jasne jest, że z naturą nikt nie wygra, a uśrednione odczyty nie zawsze oddają rzeczywistość nawet jeżeli są korygowane zaraz po wylądowaniu zawodnika.
        Dla mnie  przeliczniki, często nazywane  przeze mnie "kombinacjami" są normą. Wychowałam się w czasach, gdy one już funkcjonowały, dlatego ciężko byłoby mi wyobrazić sobie konkurs bez nich. Czy uważam je za konieczne? Nie, ale sądzę że przy wspomnianych wcześniej wadach i zaletach, albo jak to mawiają inni plusach dodatnich i plusach ujemnych, wprowadzają urozmaicenie oraz swego rodzaju dreszczyk emocji, bo przecież zawodnik nawet po bardzo długim skoku nie może być pewny sukcesu. Myślę, że w temacie punktów za wiatr idealnie swoje odzwierciedlenie znajduje powiedzenie, że punkt widzenia zależy od miejsca siedzenia. Jeśli przy dobrym skoku punkty mamy dodane, wszystko jest w porządku ale w przypadkach bardziej skrajnych, pojawiają się owe kontrowersje.Najbardziej typowym przykładem jest ostatni konkurs lotów narciarskich rozegrany na Kulm. Skupmy się na skokach dwóch zawodników w pierwszej serii. Pierwszym z nich jest Marius Lindvik. Norweg przy silnym wietrze pod narty przeskoczył skocznie, lądując na 242 metrze. Jednak przez ilość odjętych punktów za wiatr na koniec pierwszej serii nie znajdował się w czołówce. Po pierwszej serii prowadził Stefan Kraft po skoku na 230 metr, wyprzedzając Ryoyu Kobayashiego o 0,7 punktu, mimo tego że Japończyk skoczył o 12,5 metra dalej! Tu również zadecydowały punkty pochodzące z przeliczników za wiatr. Największe zamieszanie rozegrało się jednak w drugiej serii, a szczególnie pod jej koniec, gdy pozostało pięciu skoczków do końca.  Domen Prevc, który zajmował 5 miejsce po pierwszej serii, został przetrzymany na belce startowej przez Borka Sedlaka. Już w momencie jego skoku wiatr zaczął "kręcić", ale Słoweńcowi udało się w tych trudnych warunkach osiągnąć 212 metrów i po swoim skoku plasował się na drugim miejscu. Przyszedł czas na skok Kamila Stocha. Polak długo czekał na swój skok, jak się potem okazało- za długo. Mam wrażenie, że kibice przyzwyczaili się już do tego, że w tym sezonie Kamil szczególnie zaprzyjaźnił się z wiatrem w plecy, ale to co stało się w niedzielnym konkursie to-szczerze powiedziawszy- był dramat. Kamil uzyskał odległość 159 metrów i spadł na miejsce w trzeciej dziesiątce, pomimo "milionów" dodanych punktów. Po skoku Polaka wydarzyło się jednak to, co powinno się stać kilka skoków temu, czyli sędziowie odwołali drugą serię przed skokami czołowej trójki. Tym samym oficjalne wyniki konkursu to te po pierwszej serii. Aż chce się powiedzieć: "I po co komu te przeliczniki?" Ciekawostką jest jednak to, że ostatni  konkurs, który został odwołany w tak zaawansowanym stadium to ten rozgrywany w Oslo w 2003 roku, czyli prawie 17 lat temu!


                                                                                                                                                         (źródło: sport.pl)

        Obecnie coraz częściej mówi się o wyścigach technologicznych dotyczących sprzętu. Kwestia ta w największym stopniu dotyczy Norwegów, którzy są bezsprzecznymi liderami w unowocześnianiu sprzętu. Ten temat budzi duże kontrowersje. Przeciwnicy argumentują swoje zdanie, mówiąc że techniki stosowane przez Norwegów zabijają ideę tego sportu oraz sprawiedliwe rozgrywanie zawodów. Najbardziej typowym przykładem kombinacji m.in. z kombinezonami jest rozegrany w grudniu konkurs w Ruce. W pierwszej konkursowej serii z dobrej strony pokazali się Johann Andre Forfang oraz Robert Johansson. Obie próby plasowały "Wikingów" w ścisłej czołówce, niedługo jednak okazało się, że zostali oni zdyskwalifikowani za nieprzepisowy kombinezon. Taki sam los spotkał Mariusa Lindvika, który zmagania zakończył na 2 miejscu, jednak po końcowej kontroli sprzętu, został zdyskwalifikowany. Po owym konkursie w środowisku skoków narciarskich zawrzało. Wszyscy zdawali sobie sprawę z tego, że trzy dyskwalifikacje skoczków tej samej nacji nie są przypadkiem. Sepp Gratzer podczas kontroli odkrył, że norweskie kombinezony zrobione są z materiału, który nie przepuszcza wymaganej w przepisach objętości powietrza. Sami zainteresowani w późniejszych wywiadach przyznali, że pracują nad kombinezonami najnowszej technologii. Od konkursu w fińskiej Ruce z dużą ostrożnością spogląda się na białe kombinezony skandynawskich skoczków. Obecnie mówi się dużo o nowych butach polskich zawodników, jednak póki co nie wywołują one takich kontrowersji jak balansowanie na granicy przepisów skoczków z Norwegii.
           Wiadomo, technologia idzie do przodu cały czas, ale roszady sprzętowe, które obserwujemy obecnie to według mnie krok w złą stronę. O ile wszelkie ulepszenia, które mają na celu zwiększenie komfortu, a przede wszystkim bezpieczeństwa zawodników (np. nowe kaski niemieckich skoczków) są jak najbardziej pożądane i potrzebne, to te, które mają na celu tylko w magiczny sposób wpływać na długość skoku czy styl, zabiją urok tego sportu.

                                                                                                                                 (źródło: tvpsport.pl/fot. PAP/EPA)

          Wielu z nas zastanawia się również, co dalej ze skokami w erze globalnego ocieplenia? Już dziś obserwujemy skutki tego zjawiska w postaci braku śniegu oraz wysokich temperatur, które nie sprzyjają wytworzeniu i utrzymaniu sztucznego. Z tego powodu zawody w niektórych miejscach musiały zostać odwołane lub stan zeskoku odbiegał znacząco od norm, na co często skarżyli się zawodnicy. Zarówno nam jak i organizatorom konkursów skoków narciarskich pytanie: "Jak radzić sobie w obecnej sytuacji" ściąga sen z powiek. Na dzień dzisiejszy jednak nie ma na nie dobrej odpowiedzi.

         Świat idzie do przodu, więc oczywiste, że skoki narciarskie nie mogą stać w miejscu. Ale czy idą w dobrym kierunku? Myślę, że to pytanie do każdego z nas, na które warto sobie odpowiedzieć.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz